Czytając książki niejednokrotnie zastanawiamy się, jaką wartość ma dany kawałek literatury.
Analizujemy, czy ten mały ułamek światowej „produkcji” można uznać za pełnoprawną sztukę i dzieło, czy też może za efekt pracy szeregu marketingowców, nastawionych na czysty zysk.
Staliśmy się ofiarą systemu – biernym, bezwolnym konsumentem podążającym za innymi niczym posłuszna owieczka, czy też może jesteśmy wybrańcem – człowiekiem u progu oświecenia i uduchowienia, tym, któremu dane było poznać odpowiedź na najważniejsze pytania ludzkości.
Ta kwestia frapuje niejednego czytelnika, który poszukuje niezależnych weryfikacji poza swym własnym źródłem wszelkich odpowiedzi – gustem.
Sprawa gustu jest o tyle ciekawa, że nie zawsze pomaga nam prawidłowo odróżnić pospolity chłam od arcydzieła.
Inna rzecz, że arcydzieło może celowo być przybliżone do kiczu, ale nawet wtedy – przy owych zaplanowanych zabiegach autora, zachowuje swoją wartość.
Dobry krytyk natychmiast to wykryje. Szary, niedoświadczony czytelnik – niekoniecznie.
Prawdę mówiąc, by odkryć dzieło sztuki wśród zalewu taniej literatury trzeba nie lada rozeznania i talentu łowcy.
Nie istnieje prawidłowa metoda – tak samo jak trudno odkryć prawdziwy artyzm w reklamie orzeszków laskowych, to czasami tak samo trudno jest znaleźć odpowiedź na pytanie, czy dana książka zasługuje na miano wiekopomnego dzieła.
Na przestrzeni dziejów, nierzadko tęgie głowy zastanawiały się nad podobnymi kwestiami, bardzo często dochodząc do sprzecznych wniosków.
Inną ciekawą sprawą jest sprzedaż i marketing – czy typowy bestseller ma wartość dzieła sztuki?
Czy posiada walory ponadczasowe i nieprzemijalne?
To trudna kwestia.
Wielu znanych pisarzy zostało „odkrytych” dopiero po ich własnej śmierci, zaś ich pozostawione maszynopisy okazywały się bestsellerami dopiero za sto, czy dwieście lat.
Niewykluczone, że wśród dzisiejszych, niedocenianych autorów znajdzie się „przyszły” geniusz i artysta, a stworzony przez niego chłam mianowany zostanie dziełem sztuki.